niedziela, 12 października 2014

Polak, Kiwi dwa bratanki - czyli o radości wygrywania z bogatymi sąsiadami

Historia stara, ale po wczorajszym Cudzie na Narodowym bardziej aktualna. Dawno temu, siedzieliśmy sobie w hot-tubie (takiej wielkiej wannie w ogrodzie)  w Welington i próbowaliśmy zrozumieć nowozelandzkie dusze:

- Jak to się żyje w tym Waszym mieście?

- Nie jest bardzo duże, więc wiele osób znasz. Mamy w centrum Cuba street i tam jest większość życia towarzyskiego. Kilka lokalnych barów z bilardem. Z pracą różnie bywa. Żyje się jak wyjdzie.

To już była dla nas duża odmiana po superoptymistycznej Australii. Czułem się jakby bliżej domu, a domu byliśmy stęsknieni. Pytaliśmy więc dalej.

- Zaraz, zaraz jesteście stolicą. A polityka i te sprawy?

- Daj spokój, nie ma na kogo głosować. Nasze władze lokalne to kpina. Mają takie różne pomysły, może nawet dobre, ale potem nam wszystkim wychodzi to bokiem - wzdycha Niel.

- Opowiedz im o kolejce podmiejskiej - śmieje się Kathriona.

- Dobra - zaczyna Niel - Parę lat temu postanowili sprywatyzować kolejkę, bo była za droga. U nas są strasznie korki przez te pagórki i wąskie uliczki. Inwestor miał rozwijać transport publiczny. Ktoś to kupił, oczywiście nic nie inwestował, pociągi jeździły tak jak wcześniej tylko coraz bardziej zniszczone. W końcu inspekcja orzekła, że są w ta złym stanie, że nie można ich używać. Miasto musiało odkupić od prywatnej firmy kolejkę za większe pieniądze niż poprzednio sprzedało. To jednak wcale nie rozwiązało problemu braku sprawnych pociągów, bo te stare były już nie do użycia, a ludzie do pracy jakoś jeździć muszą. Kiedyś mają być nowe składy, a na razie władze wzięły zabytkowe pociągi z muzeum transportu i puściły je w zastępstwie. Mamy najstarsze pociągi dojazdowe na świecie.

Cuba street - miejski deptak
- Mi tam historia się podoba. Stęskniłem się za swoim krajem, a u nas są podobne opowieści.

- A posłuchaj tego. Ostatnio postanowili reorganizoawać centrum. Pozamykali niektóre ulice, ale wpuścili samochody, tam gdzie wcześniej był tylko ruch pieszy. Ludzie o tym zapominają i chodzą jak zawsze. Nie ma tygodnia, żeby kogoś tam nie rozjechało.

- Zwykle robią to ci szaleńcy od żółtych autobusów - wtrąca się Niel - Zatrudniają tam chyba wariatów, pędzą po mieście i co rusz kogoś potrącą. Uważajcie na nich jak będziecie w centrum.

Słucham lokalnych opowieści i czuje jak robi mi się ciepło. Nie tylko jest to zasługa Jakuzzy, ciepło robi mi się też na sercu. Gdzieś daleko jest kraj nad Wisłą, w którym też opowiada się takie anegdoty. Po Australii, w której wszysto było kapitalnie zorganizowane, tutaj czujemy się dużo bardziej jak w domu.  Niby drugi koniec świata, a jednak blisko. Szkoda tylko, że o piłce nożnej nie można porozmawiać.

- A jakie macie sporty narodowe? - rzucam, żeby mimo wszystko poeksplatować tematy okołopiłkarskie

- Netball

- Krykiet

- Rugby

Znakomicie, znam się na nich jak ryba na śpiewaniu, ale zdaje się, że to bieganie z jajkiem pod pachą jest najciekawsze. Na dodatek wiem, że niedługo będą tu mistrzostwa.

- Właśnie, będziecie organizowali mistrzostwa świata w rugby, jak emocje? - kieruję rozmowę na temat gdzie, choć trochę zrozumiem.

- Masę pieniędzy to kosztuje. Nie wiadomo czy warto ..... no chyba, że dokopiemy Kangurom.

- Acha.... A wtedy wygracie puchar?

- Nie. Puchar, nie jest taki ważny. Najważniejsze, żeby pokonać tych z Australii, o to tak na prawdę chodzi.

- Mieliście jakąś wojnę z Australią, o której nie wiemy? - pytam podchodząc do kibicowania przez pryzmat polskich doświadczeń.

- Nie, ale patrzą na nas z góry, bo są bogatsi. Śmiali się, że do podbicia Nowej Zelandii wystarczy gang motocyklowy z Sydney. Zobaczymy jak im i pójdzie na boisku.

Wspominam emocje przed meczami Polska - Niemcy i znowu mam wrażenie, że jesteśmy do nowozelandczyków podobni. Z tą różnicą, że Nowozelandczykami zdarza się z ich bogatymi sąsiadami wygrywać.


PS: Rozmawialiśmy sobie ładnych parę lat temu, ale od wczoraj jesteśmy jeszcze bardziej podobni do Nowozelandczyków. Ich drużyna, The Kiwies, dokopała Kangurom w półfinale Mistrzostw w 2011 (przy fanatycznym wsparciu 60 tysięcy kibiców na trybunach, a więc co 80tego mieszkańca kraju). Kraj oszalał, ale na szczęście zdążył wyleczyć kaca, żeby kilka dni później pokonać w finale broniących tytułu Francuzów. Tym razem władze się popisały i wcześniej zaplanowały daty tak, że święto narodowe na drugi dzień pozwoliło każdemu w spokoju odchorować zwycięstwo. 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza