niedziela, 6 września 2015

Siedmiuset małych uchodźców do wzięcia

Dzieci z Pahiatua
Z czarno-białego zdjęcia spogląda na mnie kilkanaście uśmiechniętych par młodych oczu. Dzieciaki jak dzieciaki - lubią się śmiać. Nic nadzwyczajnego, dzieciaki zawsze tak mają. Intryguje tylko ten tytuł - „The Polish Childeren”, intryguje szczególnie, że jesteśmy w Te Papa Museum w Wellington, jakieś siedemnaście tysięcy kilometrów od normalnego obszaru występowania Polish Children. Ja tu przyszedłem obejrzeć największą na świecie kałamarnicę w formalinie, a nie polskie dzieci wojny.

Dzieciaki musiały mieć szczerze dosyć pływania po oceanach. Iran, Bombaj, Melburne, a w końcu tutaj. Sam koniec świata. Rodzice? Martwi lub zgubieni w czasie wojennej zawieruchy. Dzieciarnia, wraz z ponad setką opiekunów trafiła do nowozelandzkiego miasteczka Pahiatua, na zaproszenie premiera Petera Frasera (duża zasługa polskiego konsula Kazimierza Wodzickiego i jego żony Marii). Na miejscu władze, z pomocą mieszkańców przygotowały odpowiedni obóz. Uruchomiono polską szkołę, harcerstwo i kaplicę (tak tak, mogli wyznawać swoją religię). Niewielu wróciło do kraju, choć w kilku szczęśliwych wypadkach odnalezieni rodzice dołączyli do swoich dzieci. Z biegiem lat mali mieszkańcy stali się członkami Nowozelandzkiego społeczeństwa. 

W 2004 Parlament Nowozelandzki uczcił pamięć i dorobek „Pahiatuańczyków”, słowami Ministra Spraw Zagranicznych:
„Uznajemy wkład tych dzieci w rozwój naszego kraju, wraz z ich bogactwem kulturowym, z którego skorzystało nasze społeczeństwo. Dawniejsi uchodźcy są dziś Nowozelandczykami, którzy pozostają dumni ze swojego pochodzenia polskiego i własnej kultury. Wiem, że wszystkie stronnictwa polityczne tej Izby przyłączą się do wniosku dla uczczenia tej okoliczności.”


Nowa Zelandia dała radę. Biedny kraj o populacji mniejszej niż Warszawa przyjął na swoje barki 835 niewykształconych, niezdolnych do pracy, uchodźców z drugiego końca świata. Dlaczego? Nie wiem, może ludzie wtedy mieli mniej wyobraźni, a może mieli większe jaja. Nie wiem też czemu o tej historii dowiedziałem się przypadkiem, w muzeum w Wellington, a nie w swojej podstawówce na Ursynowie albo czytając tabliczki przy cokołach warszawskich pomników (Pani Maria Wodzicka nie dorobiła się do dziś nawet wpisu w polskiej Wikipedii). Z wiekiem coraz gorzej rozumiem kryterium wybierania bohaterów narodowych.

Dzisiejsza Polska jest 23 razy większa niż ówczesna Nowa Zelandia.




Historia wg. telewizyjnych kronik nowozelandzkich:


Relacja ze Zjazdu z okazji 70tej rocznicy przyjazdu do Nowej Zelandii (można zobaczyć konsekwencje tej szalonej decyzji nowozelandzkich władz)
  




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza