Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mongolia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mongolia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 października 2010

A dokąd? a dokąd? a dokąd? Na wprost


Stoi na stacji...

Po torze, po torze,po torze, przez most
Przejechalismy pociągami 13 557 km, spędziliśmyw nich ponad 200 godzin, wysiedzieliśmy miejsca na dworcach, wystaliśmy godziny w kolejkach do kas. Poznaliśmy różne zwyczaje. W Rosji pełną władzę ma wagonowa. To o tyle przyjemne, że pamięta każdego pasażera, nie wpuszcza obcych i można spokojnie wyjść na stację podczas kilkudniowej podróży, nie bojąc się o bagaże. W Mongolii panuje wielka dowolność, można robić co się chce i kiedy sie chce. W Chinach trasy są wyznaczone. Nie można tak po prostu przyjść sobie na peroni czekać na pociąg. Każego wejścia strzegą bramki, ktore mona przekroczyć tylko za okazaniem biletu. Bramki otwierają się na 10 minut przed przyjazdem pociągu i wtedy wielki tłum biegnie jedyną możliwą trasą (poważnie - jeśli są odgałęzienia drogę wskazują mundurowi w białych rękawiczkach) do wyznaczonego pociągu.
No, ale ja nie tym.




A jest tych wagonów coś ze czterdzieści
Życie w pociągu jest wymagające. Prywatna przestrzeń i tak mała - w schronisku zwykle ok. 4 metrow kwadratowych zmniejsza się do ok. 2 metrów sześciennych. Wszystko, co mamy i tak ograniczone przez wymagające regulaminy tanich linii lotniczych, trzeba spakować w jeszcze mniejsze małe pakunki, łatwo dostępne w pociągu. Po pewnym czasie człowiek przyzwyczaja się do tego rygoru. Bywa to nawet pewnym odpoczynkiem po zmienności otoczenia. Po ciągłym wysiłku szukania drogi, wraca się do miejsca, które zawsze jest urządzone tak samo. Kosmetyczka trafia na półeczkę, ręcznik, bluza i torebka z drobiazgami na wieszak, mały plecaczek z elektroniką pod poduszkę, jedzenie na stół. Porządek dnia zawsze taki sam - poznać współpasażerów, napić się kawy lub herbaty, sprawdzić, czy tym razem jest wagon restauracyjny i co można w nim zjeść(w Chinach raczej nie można:). W Rosji np. taki wagon jest klimatyzowany i można się w nim ochlodzić. Potem zwykle kilka godzin gapienia się w okno, spanie, mycie, pisannie, układanie dalszej trasy, rytualne fotki z całym wagonem chińczyków. Mniej więcej po 5 tysiącach kilometrów kończą się książki, które bylismy w stanie udźwignąć - przeczytane zostawiamy w Mongolii. Audiobooki wystarczają prawie do końca Chin. Ratuje nas jeszcze Sudoku od Jagi i Łukasza, karty i kości. Po kolejnej sesji przy oknie, można się wreszcie pakować i wysiadka. Jescze tylko szukanie zarezerwowanego hostelu, przebijanie przez tłum w upalnym mieście, targi z taksówkarzem i tlumaczenie trasy, walka z chińskimi znaczkami i wreszcie jesteśmy - można wziąc prysznic.

W Junnanie żegnamy się z pociągami. Tory się kończą, dalej na południe prowadzą już tylko drogi - jeszcze asfaltowe, ale już coraz gorszej jakości. Następny pociąg do jakiego wsiądziemy, to prawdopodobnie metro w Londynie :)





A w trzecim siedzą same grubasy

Aa skądże to? Jakże to? Czemu tak gna?


Fraszka, igraszka, zabawka blaszana






Pod każdym kołem żelazna belka
 
I pełno ludzi w każdym wagonie


 



W dziesiątym kufry,paki i skrzynie




Przez góry, przez tunel, prze pole, przez las



niedziela, 12 września 2010

Klasyczna mongolska pętla, czyli w 21 dni po mongolii.



Nie będziemy ściemniać - jak widać na obrazku jesteśmy już w Chińskiej Republice Ludowej.W nocy na granicy podmienili nam wagon restauracyjny i rano zamiast jajek i tostów w menu byl już tylko ryż z jajkiem. Na razie oglądamy sobie Pekin. Blog będzie musiał jeszcze chwile poczekać na teksty z państwa środka (i tak niech sie cieszy, że pokonaliśmy Great (fire)Wall of China, dzięki Emil za podpowiedź), na razie zakonczymy nasze wsomnienia Mongolskie będzie bardziej relacyjnie, bez rozwlekłych opisów żeby Was nie zamęczyć.. Trochę postanowiliśmy uporzadkować nasze monglskie historię. Będzie też bardziej praktycznie - piszemy trochę z myślą o tych, którym po głowie chodzi wyjazd w te strony.


Mongolia to kraj nie w kij dmuchał (pięć Polsk) i choć trudno w to uwierzyć, o naszych drogach to Mongolowie mogą sobie pomarzyć. W efekcie, poza kilkoma głównymi drogami pokonanie 100 km zajmuje często ze 3-4 godziny. Podobnie jak w długi weekend droga na Mazury, z tym że po drodze miniecie w tym czasie najwyżej kilka samochodów. To wszystko sprawia, że jedyną opcja w Mongolii jest transport samochodowy. Można próbować autostopem, zatrzymują się chetnie, ale trzeba mieć wiele szcześcia, żeby pokonać malo uczęstrzane odcinki. A jeszcze jedno - nie ma tablic drogowych, znaków itp, także trudno się domyślić, która z dróg prowadzi do celu.




Mongołowie, wychodzac naprzeciw potrzebom turystów, którzy chcieliby zobaczyć coś wiecej niż samo Ulan Bator (i pewnie obawiajac się też częstch akcji poszukiwania zbłąkanych Europejczyków w mongolskich stepach) rozkręcili niezły biznes wycieczek krajoznawczych organizowanych ze stolicy. Najprostsza formuła to jeep lub minibus z kierowcą na kilka dni (ok. 50 USD dziennie plus paliwo do podziału na całą grupę, w ruskim uazie wygodnie może podrożować z 5-6 osób). W tym wypadku uczestnicy muszą troszczyć się o swoje posiłki sami i ponosić wszystkie pozostałe koszty. Wyższa półkę stanowią wycieczki all-inlusive. Tu oprócz kierowcy z grupą podróżuje tłumcz-przewodnik (o ile nie organizuje tego biuro z polski to oczywiście tłumacz będzie ang-mong). Organizator zapewnia wszystkie posiłki, dodatkowe atrakcje po drodze i noclegi. W gestii uczestników pozostaje tylko alkohol. Koszt takiego wyjazdu u naszego pośrednika wynosił ok. 920 USD za 21 dni od osoby, trzy razy więcej niż w naszej opcji basic. Ceny artykułów spozywczych wrzuciliśmy do zakladki praktycznie.

Z wyjazdami all-inlusive bywa różnie, moga być przygodą życia, albo mozna trafić na niezłych kanciarzy, którzy będą oszczędzali każdy grosz na Waszym noclegu, jedzeniu czy benzynie. Wydaje się, że wysoki standard zapewniają wycieczki wykukupywane w polskich biurach, którym na pewno bardziej zależy na długookresowej reputacji niż niektórym mongolskim przewodnikom.

My w opcji basic zdecydowaliśmy się zrobić klasyczną mongolską pętlę, a wiec 3 tygodnie od pólnocy na południe. Na ten czas naszą mongolską rodziną na dobre i złe zostały Aga i Ewa, które poznalyśmy w Internecie i John, ktorego poznaliśmy godzinę przed wyjazdem. Ojcem opiekunem został kierowca Erka. Trochę mieliśmy obaw myśląc o wspolnym życiu przez 3 tygodnie z naszymi nowymi siostrami i bratem, ale na pewno było to drobiazgiem w porównaniu do tego co czuł nasz nowy amerykanski kolega. Trzeba mieć jaja, żeby 16ście godzin po wylądowaniu w UłanBator zgłosić się na 3 tygodniowy obiazd po Mongolii z czterema obcymi osobami mówiacymi dziwnym szeleszczącym jezykiem, z nacji, która podobno potrzebuje pięciu osob do wkrecenia żarówki, ale w końcu to niby land of the brave.

Przed południem udalo się wyprowadzić naszego ułaza z korków Ułan Bator. Przylepieni do szyby mkneliśmy na połnocny-zachod. Pierwsze godziny po opuszczeniu granic miasta były eksplozją wrażeń - ludzie, drogi, sklepy, zwierzęta, rośliny, smaki, język, samochód, nasza nowa rodzina. Dziś, z perspektywy czasu wszystko wydaje się kolorową, radosną symfonią zmysłów. Tuż przed zachodem dotarliśmy do naszego pierwszego geru u podnózy klasztoru Amarbayasgalant Kahiid o którym napisaliśmy w: http://12stref.blogspot.com/2010/09/usmiech-mongolskiego-buddy.html.




Kolejnego dnia, już w deszczu koła poniosły naszgo uaza dalej na pn-zachod. Przez pastwiska, wioski i miasteczka gnaliśmy w kierunku wielkiego jeziora Chupusguł, młodszej bliźniaczej siotry Bajkału. Po dwoch dniach, nieco zmarźnięci wypakowaliśmy plecaki do dziurawego geru nad świętym jezorem Mongolii. Siedząc przy rozgrzanej kozie (takiej na drewno nie na trawę ;-) modliliśmy się o zmiane pogody do mongolskich duchów.

Nasze prośby zostały wysłuchane. Nazajutrz słonce rzucilo chmury na lokcie i kolana jak to przystało na dobrego mongolskiego zapaśnika. Pod nasze gery podjechaly osiodłane koniki, które na dwa dni miały zluzować naszego uaza Wanie z jego cięzkiej służby. Dwa dni poświeciliśmy na podziwianie odcieniów błekitu jeziora Chubsuguł i odbijajacego się w nim nieba. Przy okazji, korzystając z konskich grzbietów zrobiliśmy bitki z naszych tyłków.

Po trzech dniach powróciliśmy do naszego uaza Wani i przygotowaliśmy się do dalszej drogi. Byl to już koniec pierwszego tygodnia podróży, a my zmieniliśmym kierunek i zwrociliśmy się na Gobi, ku poludniowemu słoncu. Pod drodze mieliśmy kilka ciekawych przystanków. Spędziiśmy dwa dni nad jeziorem Tsagan-Nur polożonym u stóp wygasłego wulkanu. Tu znowu zamieniliśmy na chwilę ruskiego uaza na mongoskie koniki. Potem kierowca najwyraźniej uznał, że już zasugujemy na ciepy prysznic i zawiozł nas do gorących źródeł. Czyści i pachnący zgniłymi jajami obejrzeliśmy Karakorum - kompleks świątynny w starej stolicy Mongolli. Dalej był park narodowego, w którym woda wycieła głęboki wąwoz w pustynii zamieniając go w rajską, zieloną krainę pełną wodospadów i przełomów. Za oknami ubywało zieleni, trawa stawała się rzadsza, a drzewa coraz niższe. W końcu zniknęły jaki, a ich miejsce zajeły dwugarbne wielbłądy - dotarliśmy do Gobi.

Gobi jak każda pustynia to miejsce mało gościnne. Pomimo tego z jakiś powodow jest najpopularniejszym kierunkiem turystycznym w Mongolii. Wypadało sprawdzić na ile ta slawa jest uzasadniona. Jak był już pisaliśmy - mają fajne wielkie wydmy u podnóża, których wegetują zielone oazy. Mają też 'plonące klify' - czerwonawe fomacjie skalne, ukochane przez archeologów szukająych kości dinokow. Razem z Johnem wykopaliśmy nawet jednego dinozaura, gatunku Hula-Stezaurus, ale był decdowanie za duży, żeby go zabrać dalej w plecaku. Widzieliśmy też kilka innych miejsc gdzie nietypowe skaly lub wybijajaca nieoczekiwanie woda zamieniają jałową pustynie w coś ciekawego. Wbrew pozorą pustynia nie jest martwa - spotkalismy lisy pustynne, skoczki, sępy, węże, skorpiony i slady wielu innych mieszkanców tej okolicy. Na oglądanie Gobi i powrót do Ułan bator poświciliśmy ostatni tydzień naszej mongolskij pętli. Czwartego września brudni i przejedzeni baraniną wrociliśmy do stolicy Mongolii. Z perspektywy czasu wiemy, że podroż byla jedną z naszych lepszych przygod, choć może powinniśmy więcej czasu przeznaczyć na połnoc i zachod, kosztem olbrzymich bezdroży Gobi.

sobota, 11 września 2010

i po konkursie

Pytanie 1

Ktorych z tych rzeczy raczej nie kupicie w gównianym mongolskim sklepie na prowincji:
a.- Ogórkow konserwowych
b.- Draży Korsarz
c.- Mleka
d.- Zimnego piwa

No więc Kuba nie mogł tego ująć lepiej - stawiam na mljeko bo po kija chodzic do sklepu po ten trunek skoro można wyjść za namiot i wydoić kogoś lub coś. Z mlekiem było zdecydowanie najgorzej. Ogórki konserwowe w sklepie są chyba wymagane prawem. Ciężarówki z drażami Korsarz to jedyny powod dla którego w tym kraju wyznacza się drogi, a czemu akurat piwo zimne trzymają Nie wiem, może tak smakuje im lepiej.

Pytanie 2
Której z tych rzeczy nie musicie obawiać się w Ulan Bator?
a. - kieszonkowców
b. - policjanta drogówki
c. - dziur w ziemi na 3 łokcie
d. - przejść dla pieszych



Otóż tym razem nie trafił nikt Mali kieszonkowcy nie dość, że robią miejscowych i przyjezdnych ze wszystkiego dokumentnie to jeszcze po pogonieniu smarkacze rzucają kostkami chodnikowymi (ale na wszelki wypadek stojąc po przeciwnej drogi ;-). Głębokie dziury w ziemi zdarzają się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, w dodatku są w nich kable elektryczne i tym podobne niespodzianki. Przejścia dla pieszych - tak jak pisała Jaga - zabawa w żabę na autostradzie. Zdecydowanie się baliśmy. Za to policjanci drogówki są zupełniie nieszkodliwi. Stoją na środku skrzyżowania, gwiżdżą bez przerwy, machają czerwonym wskaźnikiem i nikt, ani piesi, ani samochody nie zwraca na nich uwagi :)

Pytanie 3
Gdzie mongolowie trzymają świeżą baraninę?
a. na hakach do mięsa
b. w lodówce
c. na dachu
d. w samochodzie

Haków do mięsa nie mają. W gerach rolę półek pełni rusztowanie, za które zatyka się różne przedmioty (ale nie baraninę). Lodówki się zdarzają, ale po co zapychać je od razu baraniną (co z piwem?). Samochody się nagrzewają. Najczęściej świeżego barana można znaleźć na dachu geru jak widać na załączonym obrazku :)

Pytanie 4
Jakie pojazdy zwykle nie jeżdżą w sierpniu z Londynu do Mongolii
a. pociągi
b. karetki pogotowia
c. wozy strażackie
d. samochody małolitrażwe

Pytanie slusznie budziło wiele emocji. Pewna ciotka jedngo z przodków naszych znajomych jechała rzekomo pociągiem relacji Londyn Ulan Bator. Nikt nie potwierdził jednak regularności kursowania tych pociągów. Nie wiadomo także, w jaki sposób nasz znajomy był spokrewniony z tym przodkiem. Co więcej nie wiadomo, czy przodek ów w ogole miał jakąś ciotkę, a tym bardziej, czy ciotka gdzieś podróżowała. Tak więc pogłoski o tym pociągu uznajemy za niezbyt wiarygodne. Wozy strazackie z rajdu Mongol Rally w prawdzie nie dojechaly, ale tylko dlatego, że Kazachski pogranicznik postradał zmysły kiedy zabaczył strażaka Sama i usyszał jego dzwonek przed swoim posterunkiem.


Serdecznie dziękujemy za wszystkie odpowiedzi. Wasz odzew przekroczył nasze oczekiwania. Obrady jury byly wybitnie burzliwe. Razem z naszymi sponsorami zdecydowaliśmy, o przyznaniu nagród wszystkim uczestnikom konkursu (prośba o przesylanie adresów kontaktowych na nasz mejl). Nagrody specjane - baktriana z rzędem, dostaje Kuba. -za najszybszy czas reakcji, a przenośny mongolski ger dostaje Hania - za największę liczbę poprawnych odpowiedzi.

piątek, 10 września 2010

Żywot Barana

Przepraszam czy jest Baran?
Życie barana w Mongolii podlega ściśle okreśonym regułom. Jego porządek oraz szczegóły kolejnych etapów poznajemy od końca. Pierwsze spotkanie nestępuje już kilka godzin po rozpoczęciu naszego Tour de Mongolie w przydrożnym barze. Uśmiechnięta Pani serwuje nam świeżutkie placki Huuszuur, czyli baraninę w cieście smażoną w głębokim tłuszczu, zapewne baranim. Po doprawieniu Maggi stojącym na stole smakują wspaniale.




Buuz - miły baran, zwykle z piwem się pojawiał
Huszur - szybki baran na drogę


Następnego barana spotykamy w gościnnym domu Erki, naszego kierowcy. Po zwykłej europejskiej herbatce i chlebie z wyśmienitymi powidłami, gospodni przynosi nam miejscową zupę - nieklarowany rosół barani z makaronem domowej roboty, jarzynami i pierożkami z baraniną. Koleżanka wegetarianka dostaje miskę warzyw (wyciągniętch z rosołu) - pomagamy jej więc opróżnić talerz. Nie dajemy rady zjeść wszystkiego. Jednie John nauczony przez mamę, że trzeba jeść do końca i po opróżnieniu miski natychmiast dostaje dokładkę.

Czy świeże, naturalnie że świeże.. Baran Marian świeżo z podwórka
Po pewnym czasie Mongołowie wtajemniczają nas w inne etapy baraniego losu udowadniając, że zawsze dostajemy świeże posiłki. Zapowiadają nam, że na jedzenie trzeba będzie trochę poczekać. Po kilku minutach bezceremonialnie wnoszą do restauracji skórę wraz z ciepłymi jeszcze częściami nadającymi się do jedzenia. Na naszch oczach przyrządzają cały obiadek. Posiłek wegetariański, chociaż wyjątkowo przyrządzany oddzielnie na polskim oleju słonecznikowym znów dostajemy do podzialu - koleżanka zjada swoją sałatkę na dworze.


Smak i zapach baraniny towarzyszy nam wszędzie - czy to gorąca woda na herbatę, czy mongolska autostopowiczka - cały kraj ma ten sam niepowtarzalny aromat. Po trzech tygodniach jesteśmyprzekonani, że długo jeszcze nie weźmiemy tego mięsa do ust.

Sir, proszę spróbować. Jak zbyt kwaśne to naturalnie otworzymy następnego

środa, 8 września 2010

Krucjata Don Kichotów szos

Widzieliśmy ich wiele razy. Na rozgrzanych i falujących drogach Turcji, na malowniczych autostradach Dalmacji, na krętych serpentynach Kaukazu. Zmęczeni, ale szcześliwi. Cierpliwie dążący do celu swojej krucjaty wymierzonej przeciwko nudzie i codzienności.
....to ozywiście rycerze Mongol Rally w swoich małych, dzielnych samochodach. Przez długie tygodnie pędzą małolitrażowymi samochodami z jednej z najświetniejszych stolic Europy, dostojnego Londynu do skromnego Ułan Bator. Setki minaturowych samochodow, tysiące mil, hektolitry paliwa, kilometry srebrnej taśmy tekstylnej. Wszystko plonie na ołtarzu boginii przygody. Dziś podziwiamych tych bohaterów, możemy marzyć, że jutro będziemy jednym z nich. Jak chcecie więcej to oczwiście jest strona: http://mongolrally.theadventurists.com/

Der Konkurs

Mamy Mongo-konkurs z nagrodami:



1. Pytanie primo: Ktorych z tych rzeczy raczej nie kupicie w gównianym mongolskim sklepie na prowincji:
a.- Ogórkow konserwowych
b.- Draży Korsarz
c.- Mleka
d.- Zimnego piwa


2. Pytanie drugie: Której z tych rzeczy nie musicie obawiać się w Ulan Bator?
a. - kieszonkowców
b. - policjanta drogówki
c. - dziur w ziemi na 3 łokcie
d. - przejść dla pieszych

3. Gdzie mongolowie trzymają świeżą baraninę?
a. na hakach do mięsa
b. w lodówce
c. na dachu
d. w samochodzie

4. Jakie pojazdy zwykle nie jeżdżą w sierpniu z Londynu do Mongolii
a. pociągi
b. karetki pogotowia
c. wozy strażackie
d. samochody małolitrażwe

Konkurs do odwolania, decduje liczba poprawnych odpowiedzi lub ich atrakcyjność. Poprawna odpowiedź to taka ktora jest prawdziwa lub dobrze uzasadniona lub nam się spodoba z innego powodu. Jury zastrzega sobie prawo do przyznania dodatkowych nagrod. Odpowiedzi prosimy w komentarzach lub ewentualnie mejlem 12stref@gmail.com

wtorek, 7 września 2010

Dziś bez fotek, rozleniwiamy się

W oczekiwaniu na pociąg lenimy się w Ułan Bator, śpimy nawet do dziewiątej. Przy okazji udało nam się trochę posiedzieć nad blogiem. W albumach jest cała kolekcja zdjęć z Mongolii i trochę zaległych z Rosji http://picasaweb.google.com/100935483202507746653 Dodaliśmy trochę linków do blogów znajomych podróznikow i zakładkę praktycznie dla tych co myślą o podrożach w podobne strony, a wieczorem - Der Konkurs z nagrodami!

poniedziałek, 6 września 2010

nie ufaj chingisowi

Macie pomysl co to znaczy, moim zdaniem: twoja karta spodobala sie prezesowi, teraz jego dziwki beda wyrownywac mu nia sciezki, pozdrawiamy ChingisBank
Od poczatku ten dzien nie zapowiadal sie dobrze, pobudka o 5.30, walka z niezadowolonym zoladkiem, potem walka o miejsce w kolejce do chinskiej ambasady, w ktorej skonczyly sie wizy wielokrotne (tez mi supermocarstwo, 2 wizy na godzine przyjmuja), 6 godzin stania z papierami, dalej poszukiwania miedzynarodowych kas kolejowych (nie wcale nie na dworcu), nakarmienie bankomatu karta, ktora Chingis postanowil zatrzymac, 2 godziny w korkach i jeszcze godzinka na odbior arcydziela chinskiej biurokracji
Published with Blogger-droid v1.5.8

niedziela, 5 września 2010

Wania - master of the road

Nasz kierowca i przewodnik jest najlepszym kierowcą w Mongolii. Tak mowią miejscowi i my im wierzymy. Erka umie powiedzieć po angielsku cztery słowa. Trzy zarezerwowane są na rożne rodzaje postojów - toilet, photo, lunch. Na pozostałe sytuacje ma wieczne "good good?" rozszerzone z rana - "sleep good"?. W innych przypadkach pokazuje palcami lub uśmiecha się czekając aż sami się domyślimy, co mamy teraz robić.
Erka ma najlepszy samochod na świecie - Wanię. Kocha go szczerze i poświęca mu wiele czasu. Widzimy go pod samochodem codziennie wieczorem, a często nawet podczas kilkunastominutowych postojow. Potrafi zrobić przy nim wszystko. Kilka dni temu za pomocą gumy i nożyczek naprawił resor od tylnych kół. Jako troskliwy opiekun często go sprząta wyrzucając przez okno plastikowe butelki, których nie zdążymy schować do śmiecio-torby.

Wania jeździ po najlepszych drogach Mongolii. Zawsze radzi sobie w rzekach (z wyjątkiem tych ktore zalewają mu silnik - wtedy Erka musi go wycierać i okrywać motor kurtką), bez problemu wspina się pod górę pod kątem 35 stopni. Jako prawdziwy bohater bez wysiłkku wyciąga z rzek japońskie busy. Do jego ulubionych zabaw należy wyciąganie dziesięcio-centymetrowych gwoździ z mostów. Niestety potem trzeba zmieniać mu koła.


Nie wiemy w jaki sposób Erka wybiera dla nas drogę. Czasem myli się i zapomina o jakimś noclegu. W zamian za to zabiera nas gdzie indziej. Raz nawet zabral nas na nocleg do warsztato-stacji zamiast nad rzekę (co chyba mialo jakiś podejrzany związek z drobną kontuzją Wani ;-).  Kiedy wreszcie udaje nam się znaleźć kogoś mówiącego po angielsku (zawsze jest to kobieta i w dodatku zawsze jest siostrą Erki) mowi, że nie było tam nic ciekawego. Mongolia sama w sobie jest jednak tak pięknym krajem, a Erka tak uroczym czlowiekiem, że nawet przez myśl nam nie przechodzi żeby się na niego gniewać i z ciekawością czekamy dokąd nas dalej zawiezie.


piątek, 3 września 2010

Częste mycie skraca życie...

-Dusz u Was jest? -Da!
(tylko ze trzeba pedalowac na stojaco)
...skora się ściera, czlowiek umiera - to prawda dość powszechnie znana, szczegolnie podrożnikom. Z drugiej strony rzadkie mycie utrudnia komunikacię ze spotkanymi ludźmi, ktorzy w pośpiechu oddalają się w kieruku, z ktorego akurat wieje wiatr. Dodatkowo, długotrwale życie w brudzie często doprowadza garderobę do stanu, w ktorym 'śmierdzaca szmata' jest eufemizmem. Bardziej adekwatne wydaje się sklasyfikowanie tego imponującego ekosystemu złożonego z substancji organicznych i nieorganicznych, a nastepnie pozostawienie endemicznych mieszkańcóow znoszonych koszul i spodni w jakimś koszu w raz z ich środowiskiem.



Arszan, Rosja - 1 liga kapieli w podrozy

My staramy się unikakać takich sytuacji i dbamy o higienę osobistą. Wojny z brudem nie możemy wygrać na wszystkich frontach. Powiedzmy, że kontrolujemy sytuację na kluczowych odcinkach. Raz, dwa razy w tygodniu staramy się przeprowadzić ofensywę zakrojoną na szeroką skalę. Wymaga to trochę determinacji i pomysłowości, ale satysfakcja z odniesionego zwycięstwa jest gwarantowana. Najlepszym do tej pory narzędziem walki były gorące źrodla w Arszanie i w centralnej Mongoii. Dalej w kolejności są zbiorniki słodkowodne o temperaturze ponad 15 stopni i kapiące prysznice z cieplą wodą. Potem mamy pomysłowe urządzenia prysznicopodobne, krany, butelki z wodą. Na koncu suchy piasek z wydm I zapach benzyny z baku naszego Wani.

Duza wanna z zimna woda, szkoda ze takich jest malo

Kapiel transyberyjska, przedsionek drugiej ligi
Dobrze wyposazony gering (ger-kemping) z lulsusowa lazienka w srodku (a kibel nawet mial drzwi)





czwartek, 2 września 2010

Usmiech mongolskiego Buddy

Mongolia, po ponad sześćdziesięcio letniej władzy komunistycznej, podczas której mnichów buddyjskich tępiono w mniej lub bardziej krwawy sposób, nie należy do krajów, gdzie buddyzm jest wyraźnie obecny w życiu codziennym. Na terenie kraju znajdziemy jednak kilka pomnikow z przeszłości, w których zaczyna powoli odżywać życie klasztorne. Mnie najbardziej oczarował klasztor Amarbayasgalant Kahiid, położony u zwężenia szerokiej i żyznej doliny pełnej zwierząt i unoszących się nad nimi ptaków.

Do klasztoru trafiliśmy późnym rankiem, trochę po dziewiątej. W bocznej bramie minęliśmy dwie, czy trzy krowy zastanawiające się, czy warto skorzystać z klasztornej trawy. Po chwili byliśmy przed głównym wejściem do świątyni. Główny budynek prezentował się okazale - dwa piętra oddzielone typowo 'chińskim' zadaszeniem, barwnie malowane podcienie, na dziedzińcu drzewa i rzeźby. Zaczęliśmy od tradycyjnego obejścia świątyni - od lewej strony. Spod naszych nóg uciekały do dziur w bruku świstaki, nad głową obradowały ptaki podobne do gwarków. Obejrzeliśmy mniejsze budynki z tyłu świątyni i dokończyliśmy pętlę kręcąc po drodze modlitewnymi młynkami.
Potem weszliśmy do środka. Przyzwyczajony do europejskich katedr i kościołów spodziewałem się atmosfery dostojeństwa, tego poczucia wielkości, które sprawia, że nawet rozgadani angielscy kawalerowie wchodząc do środka Notre-Dame milkną i szeptem wyrażają swój podziw dla gotyckich sklepień. Oczekiwałem idealnego porządku, niezaburzonej harmonii, przestrzeni i tablic uzasadniających świetność tego miejsca.



We wewnątrz był... bałagan. Stosunkowo najmniejszy w głównej, środkowej części pomieszczenia, zwieńczonej posągiem Buddy. Obok walały się kolorowe szmaty i jakieś torby. W lewej części pomieszczenia sporo miejsca zajmowały stoły z ofiarami, upominkami - tu trudno mówić o bałaganie, to raczej pierdolnik po niezłej popijawie studenckiej. A poczułem suchość w gardle i lekki szum w głowie. Po prawej stronie spotkaliśmy mnichów. Dwóch w skupieniu sypało mandalę, pozostali czekając na swoją kolej gadali, jedli śniadanie lub bawili się z rudym cocker-spanielem (pewnie jedyny taki pies w Mongolii). Mnisi ubrani byli w wiśniowe i czerwone stroje. Najczęściej tradycyjne, choć kilku młodszych miało t-shirty klubów piłkarskich. Oczywiście kibicuje się takim, które mają odpowiednie barwy. Mnisi buddyjscy zdecydowanie najbardziej lubią 'Czerwone Diabły' z Manchesteru, Liverpool pewnie też dałby radę, szczególnie, że jakoś mnisi zwykle nie chodzą sami. Można podpowiedzieć też Wiśle, że może tu powalczyć o fanów ;-)
Wracając jednak do tematu. Może jeszcze ze trzy słowa o klasztorze w Karakorum, tym najbardziej znanym i turystycznym. Zbudowany z gruzów starej stolicy Mongołów w XV wieku. Po stalinowskich czystkach 2/3 terenu zamieniło się w trawnik, do dziś pozostały trzy budynki. Pamiątką dawnej świetności pozostaje wielki mur zdobiony setkami stup.





W krajobrazie mongolskich wsi i miasteczek budynki sakralne to rzadkość, ale Mongołowie to zdecydowanie ludzie wierzący. Nie wiem w co dokładnie, ale coś jednak sprawia, że wiele tu przydrożnych stosow kamieni przystrojonych niebieskimi wstążkami, że po gerze należ chodzić od lewej do prawej, że nikt nie odważy się pić lewą ręką, a przed wychyleniem kubeczka wódki mongoł najpierw zmoczy w niej palec, strząśnie po kropli w niebo i w ziemię, dotnknie czoła i dopiero potem wzniesie toast.


Gobi pokonane!

Zaczelo sie zgodnie z planem - dostalismy zatankowane wielblady i ruszylismy na spacer po piaskownicy. (No chociaz ten Oski dwa klapniete garbki mial co znaczy ze nie byl zatankowany do pelna)

....potem niestety zrobilo sie gorzej wydmy coraz wieksze, wywalone na cwierc kilkometra, a garbusy coraz bardziej leniwe....


... w koncu zkonczylo sie nawet magiczne paliwo do wielbladow, nie pomagalo czule drapanie w welniana glowke....

.... no i niektore sie popsuly, po czym zostaly szybko uprzatniete przez miejscowe sluzby komunalne

ruszylismy z buta. Po grani, po grani! Balansujac na krawedzi ostrych jak brzytwy piaskowych olbrzymow... 

...W koncu, po tygodniu bez wody, jedzenia, telewizji i Internetu w dali ukazal sie miraz bardziej wyrazny niz pozostale, czyzby woda? Poczulismy wzbierajace sily...

... jeszcze tylko ostatni test czy woda jest mokra...

Tak, Bocian, Bocian, Uratowani!