Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 stycznia 2014

Seks, rum i salsa


Ceny urzędowe w peso convertibles (1:1 z USD)
 „To jak żyją ludzie na tej Kubie?” – to pytanie bije rekordy popularności wśród naszych znajomych po tym jak odwiedziliśmy ostatnią ostoję komunizmu. Pewnie przez doświadczenia PRL Polacy spodziewają się, że w Hawanie trwa stan wojenny, a milicjanci grzeją się przy koksownikach. No, więc kubański późny komunizm wygląda trochę inaczej niż późny komunizm polski i nie chodzi wyłącznie o lepszą dostępność bananów. Największa różnica, na pierwszy rzut oka, dotyczy tego jak Polacy i Kubańczycy podchodzą do czasu, w którym nie muszą pracować. 
Kubańczycy uwielbiają się bawić, są wyjątkowo towarzyscy, otwarci. A my to nie? – ktoś się oburzy. My oczywiście też, ale jakoś tak inaczej. PRL to potańcówki, wódeczka i nocne Polaków rozmowy. Dziś rozrywki są może bardziej kreatywne, ale, czasu trochę mniej i na dodatek w kapitalizmie do pracy na kacu nie wypada, więc tylko Piąteczek. Kubańczycy mają komunizm – nie muszą martwić się ścieżką kariery, nie mają Facebooka i pierdyliarda kanałów TV. Zostaje dużo czasu na rozrywkę, siłą rzeczy raczej oldschoolową i niekomercyjną.
Autostopowiczka ;-)
Najbardziej oldschoolowa rozrywka ludzkości, trzyma się na Kubie wyjątkowo dobrze. Widać to w mieście, w barach i na plażach. Najbardziej usługi płatne, ale to dlatego, że takie spółkowanie potrzebuje reklamy i jest reklama zdecydowanie bezpośrednia. Obok seks-turystyki, buzuje sfera nieturystyczna. Kubańskie pary spędzają godziny szepcząc sobie czułe słówka do ucha siedząc w ciepłym morzu. Czasami któraś się „rozgaduje” za bardzo i zmęczona dyskusją wraca na ręczniki. Ten sposób spędzania wolnego czasu nie jest bynajmniej zarezerwowany dla pięknych, młodych i jurnych – w końcu komunizm - wszystkim po równo i według potrzeb.  W morzu szepcą sobie do ucha pary w różnym wieku.
Druga wielka kubańska pasja to muzyka. Prawdopodobnie każdy kubańczyk ma gitarę lub bęben. Jeśli z jakiegoś powodu nie gra albo nie śpiewa, to chociaż tańczy salsę. Buena Vista Social Club nie był jakimś wyjątkiem – tego typu zespołów są tysiące. Kuba jest najbardziej rozśpiewaną wyspą świata. Nawet kluby seniorów (państwo prowadzi takie instytucje) słychać z daleka.  Jedyny Kubańczyk, o którym było wiadomo, że nie śpiewa i nie lubi tańczyć dla odwrócenia uwagi musiał wywołać rewolucję.  
No i wreszcie rum. Choć ostateczny efekt tej trucizny jest taki sam jak naszej poczciwej „wódeczki”, to karaibski trunek jest o wiele bardziej towarzyski (właściwie wszystko na Karaibach jest towarzyskie i często prowadzi do rozrywki opisanej dwa akapity wyżej). Kubański klasyk to Havana Club – im ciemniejszy tym bardziej szlachetny, bo starszy i długo dojrzewający.  Do drinków lejemy ten najgorszy, 
Multitap i burgerbar jeszcze przed happy hour
srebrny. Choć cały świat z wyspą kojarzy przede wszystkim Cuba Libre, to najbardziej dostępna dla miejscowych jest pinacolada (ananas jest tańszy niż Tuk-cola). Markowy rum dla miejscowych to luksus, ale jeśli siedzi się na wyspie pełnej cukru nie trudno o tańsze odpowiedniki od „lokalnych” producentów.

Generalnie Kubańczycy radzą sobie koncertowo z katastrofą gospodarczą, w której znajduje się ich kraj, na pewno w dużym stopniu to zasługa rozrywkowego temperamentu. Co tu się oszukiwać – sami pewnie z sentymentem wspominacie nisko-budżetowe imprezy, na których nikt nie przejmował się słabymi warunkami lokalowo-aprowizacyjnymi. Jest to jakaś metoda na kryzys. Udanego weekendu!   
Norweska kapela Deathmetalowa "Grindemonium"
"Kolejka do telefonu" - popularna, kubańska gra towarzyska
"Kolejka po mleko" - odmiana gry w kolejkę dla babć i dziadków 


Dominko - idealna gra na chill-out, np: po graniu w kolejkę do telefonu, po mleko, po mięso i po kartki na jajka.




wtorek, 2 listopada 2010

Ngo z delty rzeki dziewięciu smoków



Kilka dni temu poznaliśmy Ngo.
Siódma rano, zgodnie z umową wyszliśmy przed hotel. Powitało nas szare niebo i ciepły, wilgotny wiaterek wiejący w twarz, od rzeki. Siwy wietnamczyk, poniósł się z murku z taką energią, jakiej byście sie po nim nie spodziewali. 'Ou-sia ?Are you Ou-sia? - zapytał. Chwile później wsiadamy już na niewielką łódeczkę przycumowaną do nabrzeża Cantho.

Przewodnik - gawędziarz i sternik - szalony artysta 


Mijamy statki, krypy i domy kołyszące się przy brzegu, a siwy Ngo Tan Phung opowiada. Angielski trochę miesza sie z francuskim, ale po kilku minutach rozumiemy prawie wszystko. Poznajemy historie o Sajgonie - mieście nazwanym tak odbogactwa drzew, po których już dziś nie ma śladu. Potem jest o Mekkongu, rzece dziewięciu smoków i o Wietnamie. Historie splatają się z życiorysem naszego przewodnika. Ngo Tan urodził się jeszcze w kraju rządzonym przez Francuzów. W katolickiej szkole nauczył się ich języka. Kiedy Wietnam stawał się wolnym krajem Ngo uczył się już angielskiego. Potem już uczył sam. Ngo jest świetnym mówcą, musiał być dobrym nauczycielem. Kapitalnie opowiada o roślinach, tłumaczy zasady miejscowego buddyzmu, dzieje kodyfikacji języka (wietnamczycy jako jedyni w regionie mają łacinkę). Kolejne historie zaczynają się od 'And now, I tell you about.....'. Kiedy Ngo opowiada nasz sternik z pasją wycina i składa coś z liści. Po chwili dostajemy prezenty - dzieła sztuki złożone z liści bananowca. Wiatraki, koniki pole, pierścionki i bransoletki.



Nie zdązyiśmy sie nacieszyć naszymi zabawkami kiedy musimy je na chwile odłożyć. Dopływamy do pływającego targu, największego na Mekkongu. Wszystko podobnie jak na zwykłym bazarze, choc trochę inaczej. Zamiast wypakowanych pickup-ów pełne zakupów łodzie wiosłowe. Zamiast zwykłych warzywniaków barki kolorowych owoców z Delty. Zamiast wózkow ze przekąskami łodzie z bagietkami i bułkami. Po paru minutach mijamy wodny targ, na chwilę zawijamy do fabryki makaronu ryżowego. Potem dalej, wpływamy w boczny strumień, krecący miedzy palmami i polami. Ngo ciągnie dalej swoją opowieść.

Lekcja botaniki




Lekcja historii
Dowiadujemy się trochę o Wojnie Wietnamskiej. Ngo powołano do służby w armii południa, walczył jako kapitan u boku amerykanów. Początkowo wersja Ngo jest politycznie poprawna - HoChiMinh wiekim czlowiekiem był itd. Potem starszy pan, zaczyna czuć swobodniej. Dowiadujemy się, że kluczem do sukcesu połnocy byl podstęp i szpiegostwo. Kiedy wojska połnocy zajely Sajgon, życie Pana Ngo skąplikowało się jeszcze bardziej. Chociaż znal dwa jezyki obce i był nauczycielem matematyki okazało się, że potrzebuje jesze trochę doksztalcania. "Reedukowano" go prawie trzy lata. Możemy się tylko domyślac jak mogło wyglądac jego życie poźniej, w latach osiemdziesiatych, w Wietnamie głodnym, biednym i niechętnym zwolennikom przegranej opcji. Los kraju i Ngo znowu odmienil się pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Zniesione embargo otworzyło drogę dla turystów, znajomośc języków zachodu yskała na wartości. Oczywiscie Ngo nie żyje się tak dobrze jak urzędnikom i wpływowym ludziom w partii, ktorzy w nowym sytemie zbiją prawdziwe fortuny, ale zdecydowanie stać go na więcej niż parę lat temu. Jakby Was kiedyś ponioslo na Deltę to wpadnijcie do Cantho i spytajcie o Ngo. Na pwno z chęcią opowie Wam o ty wszystkich wietnamskich tajemnicach.
 


Radość tworzenia

Dzielo skonczońe


Pracownicy dzialu utylizacji odpadow produkcyjnych w fabryce makaronu ryżowego