Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przed wyjazdem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przed wyjazdem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Odsypiamy

Jeśli wszystko poszło z planem to teraz odsypiamy ostanie dni przygotowań gdzieś w pociągu pomiędzy Brześciem, a Smoleńskiem, a nasz lokomotywa mknie pośród zielono-żółtych białoruskich łąk. Nasz wyjazd, przynajmniej na początku ma charakter mocno wypoczynkowy w porównaniu z ostatnimi tygodniami, które upłynęły pod znakiem załatwiania papierów, domykania projektów pracowych, odwiedzania znajomych, kupowania rzeczy potrzebnych, kupowania rzeczy niepotrzebnych, wybierania, które są potrzebne, organizowania finansów, kart, kont, szykowania mieszkania, sprawdzania gdzie chcemy jechać, odwiedzania lekarzy, aptek, czytania forów itd itd... Różne są efekty uboczne takiego zamieszania, ale warto spróbować. Dzięki temu może uda się Wam całkiem tanio odurzyć jednym piwem, albo zasnąć w fotelu dentystycznym w trakcie zakładania plomb na górnej piątce, albo nie zauważyć 15tonowego tramwaju, albo czytać 5 razy tę samą stronę cały czas dowiadując się czegoś nowego, albo zapomnieć o śniadaniu, obiedzie i kolacji. A po tym wszystkim można spokojnie wyciągnąć się na pociągowej pryczy i gapić się w uciekający świat.

 
 

niedziela, 1 sierpnia 2010

pa parampam pam PAAAA!
















Hela z Kaziem na diecie

Wrzuciliśmy Helę z Kazikiem w ostry rytm treningowy.- ścinaliśmy masę jak się dało, odsysanie, odcinanie, wyrzucanie, wylewanie. Nie było zmiłuj. Potem niestety wybraliśmy się na ostatnie zakupy do księgarni. Hela z małym znowu pod 28 kg, Kaziu też przytył - może wypocą w trasie.

Hela i Kaziutek

Od naszego ślubu nie minął jeszcze miesiąc, ale jakoś tak się złożyło, że postanowiliśmy w nasz nowoczesny związek wprowadzić jeszcze Helgę i Kazia. Wiele wskazuje na to, że spędzimy razem najbliższe pół roku. Będziemy bardzo blisko, w dzień i pewnie też w nocy. Na dobre i na złe. Pomyśleliśmy więc, że powiemy Wam więcej o naszych nowych partnerach.

Helgę przedstawili mi znajomi z pracy, zaaranżowali odpowiednio spotkanie, no i już popołudniu pokazywałem ją Osi. Jest dość solidnej budowy - prosta, ale proporcjonalnie zbudowana, taki klasyczny niemiecki typ - bavarishe Freuline. Niestety trochę grzeszy nadwagą – 25 kilogramów bez wody to odrobinę za dużo, jutro będziemy jeszcze nad tym razem pracowali, ale nie będzie łatwo bo dziewczyna ma bogate wnętrze.  Helga, ma też małego Fritz’a z poprzedniego burzliwego związku.

Kazimierz jest zdecydowanie zgrabniejszy, nie ma aż takich problemów z nadwagą.  Dużo więcej uwagi przykłada też do wyglądu, jak to często dzisiejsza młodzież. Nieco metroseksualnego stylu dodaje sobie paradując z zielonym osłem w klapie. Lubi też żółte drobiazgi i drobne bajery. Kaziutka poznaliśmy w jednym ze sklepów na warszawskim MDMie i od razu wpadł nam w oko (pewnie przez te żółte dodatki). Kazio lubi się stroić, ale nie mamy wątpliwości, że będzie z niego niezły kozak jeśli zajdzie taka potrzeba.

wtorek, 20 lipca 2010

Minister Zdrowia nie tylko rakiem, impotencją i chorobami serca straszy!


Stawia też piękne pieczątki. Ciekawe, co jeszcze potrafi ten Zuch!
Pozdrowienia dla panów z ochrony, którzy zgodzili się przypilnować roweru podczas misji 'Lariam'.
Published with Blogger-droid v1.4.6

sobota, 10 lipca 2010

Globalny kierowca 1.0

Koala na drzewo! Aligatory szykujcie się na buty! Mam prawko na pół świata i nie zawaham się go użyć, nawet jesli ktoś mi wstawi kierownice po prawej. Wydrukować to cudo moze właściwie kazdy sprytny dziesięciolatek (i w przeciwienstwie do mnie nie pojdzie siedziec na 3 lata jak go złapią), ale tez zalatwienie w urzędzie Imielińskim to sama przyjemność (i to bez ironii). 30 zł, 3 dni, sms ze dokument czeka i miły Pan wręcza prawko. A niech mnie ktoś jeszcze straszy urzędem miejskim....
Published with Blogger-droid v1.4.6

Elektroniczne bilety po rosyjsku



Podeście 1 - Biuro Wadi
O kupowaniu biletów na Transsib nasłuchaliśmy się wiele - nie ma mowy, żeby kupić w Polsce, ktoś musi pojechać do Rosji, biura podróży biorą straszną kasę. Nastraszeni postanowiliśmy skorzystać z usług biura podróżnego Wadi. Kiedy spytaliśmy czemu aż tyle, skoro na stronie jest podane mniej za kupno ,  nawrzucano nam że nie umiemy liczyć, ze niby skąd znamy ceny (halo! Internet), a potem, że nie są instytucją charytatywną .Wadi odpadło więc szybko. Zniechęceni podjęliśmy próbę kupienia biletów na własną rękę.

Próba 2 - My rady nie damy?
Od 2010 roku rosyjska kolej wprowadziła wielkie ułatwienie - elektroniczne bilety, które w Rosji można wymienić na papierowe w kasach na dużych dworcach. 
Radośnie powędrowaliśmy do sąsiada 'Osmóla' - lepszy Internet, no i zawsze raźniej - i zabraliśmy się do roboty. W naszym wagonie dostępnych 7 plackartnych - super. Przejście formularza okazało się jednak dosyć skomplikowane. Pierwszy problem - nr telefonu - musi być rosyjski. Bez namysłu wpisaliśmy losowy numer i jedziemy dalej. Nie zatwierdza otczestwa - próbujemy łacinką, cyrylicą, małą i wielką literą - nic. Pawła jest ok, moje nie przechodzi. W dodatku od czasu do czasu przekraczamy czas sesji, wyrzuca nas i zaczynamy zabawę od początku. Za każdym razem sami blokujemy sobie miejsca - z 7 robi sie 5, z 5 - 3
Po jakimś czasie odkrywamy, ze przy kupowaniu biletu dla 2 osób druga osoba (czyli ja) automatycznie traktowana jest jak dziecko pierwszej. Nic dziwnego, że im się otczestwo nie zgadza. Wpisujemy u mnie to samo, co u Pawła - przechodzimy do następnego kroku. Tym razem nie zgadza się paszport - logicznie wyskakuje, ze dziecko wpisane w paszporcie rodzica. To już nie przejdzie przy odbiorze biletów. Sprawdzamy, czy przy pojedynczych biletach jest ok. Tak - ok. Decydujemy się na pojedyncze rezerwacje ryzykując 4 dni podróży w innych wagonach. Zostały już tylko 3 wolne miejsca.  Zatwierdzamy kolejne kroki, dochodzimy do momentu płać i .... niespodzianka - weryfikacja smsem - oczywiście na podany przez nas fikcyjny numer. No cóż - ktoś w Rosji miał pobudkę w środku nocy. Po trzech godzinach prób poddajemy się. 

Finał - Transsib.com
Zamawiamy bilety w biurze http://www.transsib.com.pl/. Dwa dni później (ustalenia, opłaty itd.) mamy bilety elektroniczne - każdy o 250zł tańszy niż proponowało Wadi, plus kilka miłych dodatków od firmy Hurra!!!

sobota, 15 maja 2010

Pierwszy bilet

Chociaż wiedzieliśmy już, że jedziemy i nawet mniej więcej kiedy, jakoś nie paliło nam się do załatwiania wszystkich spraw. Czytaliśmy książki i blogi podróżników, chodziliśmy na pokazy slajdów, w głowie tworzyły się różne wersje trasy, ale jakoś wciąż brakowało czasu na poszukanie konkretnych biletów. Nic w tym dziwnego - my po prostu nie lubimy dokładnych planów. Wolimy mieć wytyczony cel, d którego zmierzamy w swoim tempie, zatrzymując się tam, gdzie miło, zbaczając z trasy, jeśli coś nas zainteresuje. Rozsądek podpowiadał jednak, że musimy mieć zapewniony powrót. Do roboty zmusiła nas Jaga podsyłając info o promocji AirAsia. Okazało się, że z Kuala Lumpur można tanio wrócić do Londynu. I już mieliśmy ten bilet kupować, kiedy zrodził się w nas bunt. Jak to? Bilet powrotny? Jeśli go kupimy, to od dziś każda myśl o tym dokąd pojedziemy będzie zmierzała w tym samym kierunku - w listopadzie wracamy do Londynu. W dodatku z Kuala był jeszcze jeden bilet, jeszcze tańszy - do Australii!! I znów głos rozsądku - przecież nie będziemy mieli już żadnej kasy. Ale nie wykorzystać takiej okazji! Czas nas gonił, promocyjne ceny zmieniały się z godziny na godzinę. Decyzja musiała być szybka. Przerzucaliśmy się emocjonalnymi za i racjonalnymi przeciw. Ale tak się składa, że w listopadzie Paweł ma urodziny. Pytanie, czy woli spędzić urodziny w Londynie z perspektywą powrotu do pracy, czy w Melbourne bez żadnej perspektywy nie wymagało odpowiedzi :)
Nasza trasa ma już więc 3 stałe punkty: Kuala Lumpur, Melbourne, Londyn (w styczniu:)

Dzięki Jaga!!!

poniedziałek, 15 lutego 2010

Marzenia

Zdjęcie pracy Renaty Świercz www.swiercz.pl


Nie był to zamierzony plan. Po prostu był mróz i chcieliśmy skoczyć na grzane wino. Mieszkaliśmy wtedy na Noakowskiego i Czwarta Szklanka była tuż pod nosem. Dziś jest tam  niestety kiepsko zrobiony rockowy klub bez klimatu - z krzesłami ogrodowymi i byle jaka obsługą, ale wtedy.. Wszystko było w jasnym drewnie, na ścianach wisiały zdjęcia łódek i ogłoszenia o rejsach, nad barem wisiał dzwon do wybijania szklanek, a z głośników leciała w kółko ta sama płyta przekonując "Ludzie, nie sprzedawajcie swych marzeń, nie wiadomo, co się jeszcze wydarzy w waszych snach". Jednym słowem atmosfera idealna do snucia wakacyjnych planów - Może pojedziemy do Maroko? - Tam ciepło. - I tanie bilety z Madrytu - I można jechać niedługo - Ale jak już dotrzemy do Afryki, to bez sensu tak od razu wracać, pojedźmy na miesiąc, może do Libii - Jest tu jakaś mapa? - Traf chciał, że byliśmy właśnie w Czwartej Szklance - na barze stał globus, który natychmiast zaanektowaliśmy. Maroko, Mauretania, Mali... - padały nazwy kolejnych krajów. Nie pamiętam już kto rzucił wtedy - Co się będziemy oszczędzać? Jedźmy dookoła!


Koniec końców nie pojechaliśmy wtedy na kilka miesięcy, a na kilkanaście dni i nie do Afryki, tylko do Syrii. Jednak od tamtej pory myśl o wędrówce przez świat uparcie powracała. Dojrzewała w naszych głowach, aż z nierealnego marzenia zmieniła się w przekonanie, że kiedyś to zrobimy. Pewnego dnia nie można było zrobić już nic innego, niż wciąż jeszcze z niedowierzaniem, powiedzieć "Jedziemy".