Pokazywanie postów oznaczonych etykietą transport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą transport. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 grudnia 2013

Najpiękniejsze muzeum transportu i motoryzacji na świecie



Muzeum, zajmuje powierzchnię 1/3 Polski. W prawdzie jest słabo rozplanowane, bo ciągnie się przez ponad tysiąc kilometrów ze wschodu na zachód, ale lokalizację ma znakomitą - 90 mil od największego domu starców "Florida".
Dzięki staraniom wieloletniego kustosza tego muzeum udało się zgromadzić rewelacyjną kolekcję ok. 60 tys. zabytkowych aut z USA. Jakby tego było mało, znajdziecie tu jeszcze kilkadziesiąt tysięcy zabytków motoryzacji sowieckiej, odważne, eksperymentalne konstrukcje lokalne, motocykle, pojazdy konne i stare pociągi. Jedyne niedopatrzenie to absolutny brak w kolekcji jednostek pływających. Jak dowiedziałem się od miejscowych fascynatów motoryzacji jest to konsekwencja przyjętej strategii budowy kolekcji muzealnej. Jeszcze w latach sześćdziesiątych kustosz-założyciel, Fidel Alejandro Castro Ruz, zdecydował się wprowadzić rewolucyjny, jak na owe czasy mecenat. Zrezygnował, z opieki wielkich i zamożnych sponsorów i postawił na coś co dziś nazywamy Crowd-sourcing, pracę tłumów. Fidel pozyskał do projektu setki tysięcy drobnych kolekcjonerów-hobbystów, którzy do dziś poświęcają całe popołudnia na pielęgnowanie swoich samochodowych zabytków, dłubiąc, klepiąc, malując i polerując. Zazdrośni muzealnicy z USA, zabronili udzielać miejscowym jakiegokolwiek wsparcia - wiele części jest więc lokalnymi zamiennikami.
Podejście crowdsourcing'owe nie sprawdziło się jedynie w przypadku kolekcjonerów jednostek pływających. Ci postanowili udać się ze swoimi eksponatami do ośrodków wystawienniczych na północy. Podobno obawiali się wpływu gorącego, wilgotnego klimatu na ożaglowanie i drewno.

Skrzydło Imperialistycznych Potworów:






Sekcja sowiecka:

Lada - wersja amfibia
Czarna Czajka - obiekt westchnień wielu towarzyszy


 






Sekcja polska:
Król tuningu




Sekcja kubańska


One horse power - tradycyjne dorożki są zakazane w  bardziej reprezentacyjnych częściach kraju
Onee man power - ryksze są głównym środkiem transportu w Starej Hawanie, szerokość opon dostosowana do jakośći dróg







Coco taxi - mistrzostwo kubańskiego designu (całkiem serio) 


"Świat za sto lat"

współczesne samochody  zwykle występują w seksji chińskiej, ale jak widać są wyjątki








czwartek, 13 stycznia 2011

Lotniczo


Życiowa mądrość na lotnisku w Sydney
Jak widzę w sieci jakaś moda na tematy awiacyjne nastała, postanowiliśmy też wpisać się w ten nurt i parę słów samolotach i portach urodzić.
Z pozoru sprawa prosta - słyszymy lotnisko i w głowie pojawia sie obraz Okęcia, Balic, Heatrow, Frankfurtu czy jakis innych portów europejskich. Mniejsze lub większe, wyposażone zawsze w 'podstawowy' jakby sie wydawalo zestaw - asfaltowy pas, wieże, kontrole, sklepy, wózki na bagaże itd. Do tego armia pracowników. 
Pozornie jest to obrazem uniwersalnym, ale to taka europejska perspektywa. W gruncie rzeczy żaden z tych elementów nie jest konieczny żeby nazwać miejsce lotniskiem. Mongolskie krajowe porty lotnicze są grodzone chyba tylko po to, żeby owce nie wyjadały trawy rosnącej na 'pasie do lądowania'.Gdyby nie to, trudno byłoby takie lotniska zauważyć. 
Bardzo szerokim pojęciem są lotniska w Oceanii - te najprostrze gdzieś w głebi lądu niewiele się różnią od mongolskich. Są też naturalnie też lotniska duże, a raczej średnie w skali świata, jednak i one różnią się od tego do czego przyzwyczajeni jesteśmy w Europie, przynajmniej od ostatnich 20stu lat.
Port lotniczy w Wellington - trafi nie trafi
W Australii i Nowej Zelandii największą władzą na lotnisku są służby graniczne. Właściwie trudno powiedzieć które - celnicy, służby emigracyjne czy sanitarne. Przypominają się stare czasy w PL, kiedy celnik bym niczym kapitan - pierwszy po Bogu. W Australii, żeby szybko uświadomić nowoprzybyłych gości gdzie ich miejsce atakuje się ich dziesiątkami tabliczek z ostrzeżeniami kary pieniężnej, więzienia lub niemalże chłosty. Podpaść można na wiele sposobów - o czymś nie powiedzieć, albo powiedzieć za dużo, czegoś nie ujawnić, skręcić w złą alejkę itd. Najzabawniejszy jest sposób prezentowania zakazów - o ile u nas wystarczy zakaz palenia z uniwersalnym symbolem, tutaj każdy zakaz uzupełniony jest o obrazowy opis sankcji grożącej za złamanie przepisu. Tabliczki utwierdzają służby w poczuciu ich 'władzy' - setki ludzi kotłują się przed kolejnymi barierami dzielącymi miasto od samolotu obsadzonymi przez kilka surowo patrzących panów i pań. Polacy chyba łapią się do grupy 'potencjalnych złodzieji naszych miejsc pracy' co jest o tyle nieuzasadnione, że oblegane przez turystów okienka graniczne są nieobsadzone w 70% i sugerują pewna nadwyżke tych miejsc pracy.Oczywiście mamy świadomość, że część tych restrykcji jest sensowna - Australijczycy przeżywają już inwazję kilku gatunków, które sami sobie sprowadzili na kontynent,.część restrykcji jest jednak ewidentnym bonusem on służby z poczuciem władzy.
AirAsia - samolot ekipy Williamsa z F1
Silny kontrastem po kilku takich 'przyjemnych' portach staja się lotniska i w ogóle granice azjatyckie. Tutaj miny też są zwykle poważne, może być bałagan, ale nikt nie robi specjalnie problemów. Groźny chinski pogranicznik pyta o cel podróży, przygląda się pieczątkom w paszporcie oddaje dokumenty .... po czym prosi o ocenę zadowolenia z jego pracy na elektronicznym pulpicie obok okienka. W Kuala Lumpur na lotnisku też lubią tabliczki ostrzegawcze lecz zamiast słów 'zakaz' i 'kara' najchętniej używają 'proszę' i 'uprzejmie'. Długie rzędy CZYNNYCH okienek dość sprawnie radzą sobie z setkami pasażerów. Żeby się nie nudzili czekając na samolot  pasażerowie oprócz restauracji i sklepów mają do dyspozycji darmowe WI-FI (oczywiście Chińczycy są jeszcze lepsi - w Szanghaju zapraszają na lotniskowy basen). Co roku w Kuala ląduje ich blisko 30 milionów, a prawie każdy wydaje się należeć do innej grupy etnicznej, religijnej czy innego kręgu kulturowego. Prawie każdy jest zmęczony po kilku lub kilkunastu godzinach lotu. Malajowie radzą sobie z kontrolą zdecydowanie lepiej niż Ausis, choć też i oni nie zauważają metalowej butelki na benzynę do palnika, którą przewozimy w podręcznym przez wszystkie kontrole.
Międzynarodowy port lotniczy w Luang Prabang

 

 



 

czwartek, 6 stycznia 2011

Konkurs pieknosci


Pierwsza poznalismy w Pickton.  Zeszlismy z promu i chwile pozniej wpadlismy w jej objecia. Widzielismy sie potem wielokrotnie.
Druga spotkalismy w Blenheim, tu jeszcze nie oczarowala nas swoim pieknem, ale dwa tygodnie pozniej, kiedy poznalismy ja z drugiej strony bylismy zakochani po uszy.

Kolejna pieknosc jest z poludnia, to ta smagana antarktycznymi wiatrami. Bylo ich kilka, albo nawet kilkanascie, wszystkie piekne, wszystkie inne, wszystkie samotne. Nie opiszemy wszystkich, moze tylko kilka. Wspaniale drogi wyspy poludniowej.... 


Blendheim, przeciecie miedzystanowej jedynki z szostka
Trudno zdecydowac sie od ktorej zaczac. Moze od jedynki - najdluzsza, najslynniejsza, no i ta pierwsza ;-) Przecina cala Nowa Zelandie, od Auckland po Bluff. To wlasnie ja spotkalismy na nabrzezu w Pickton witajac sie z pusta, zielona wyspa poludniowa. Pomknelismy ku Christchurch. Tuz obok podwojnej nitki asfaltowej drogi pojedynczy, waski tor koleji. Na towarzystwo pociagu nie ma co liczyc - jezdzi raz dziennie. Odrobine za torami kamienisty brzeg, za ktorym rozciaga sie ocean. Rozciaga sie to malo powiedziane, tysiace kilometrow szesciennych wody wypelnia przestrzen stad az do Chile. Niewyobrazalna masa pelna rekinow, meduz, wielorybow, delfinow, fok, wielkich kalmarow i Bog wie jeszcze czego. Tu witac tylko skrawek tego gigantycznego swiata. Kolor oceanu wybierzcie sami - blekit, granat, stalowa szarosc, czern. Jedynka przeglada sie w falach oceanu co kilkadziesiat kilometrow. Chwilami ucieka troche w glab ladu. Mkniemy wtedy pomiedzy pagorkami wymalowanymi zlocisto-zielonymi pastwiskami, lub wsrod malych i srednich miasteczek wschodniego wybrzeza wyspy. 

Inwazja kelnerow, 5 km
Miasteczka przescigaja sie w popularnym w NZ konkursie na miano 'jedynego w swoim rodzaju'. Blendhaim - najlepsze wina, Kaikora - najlepsze miesce do podgladania wielorybow, Christchurch - najlepsze koscioly i tramwaje,  Dunedin -  jedyna kolonia Albatrosa Krolewskiego, tam znowu miasteczko najbardziej wiktorianskie, a to najbardziej francuskie, a to najbardziej stroma ulice na swiecie, a to robi najlepsza kielbase, a tamto jest najbardziej na poludniowy-wschod itd, itd
Spogladamy na te atrakcje i radoscia wracamy do 'naszej' jedynki.  Na poludniowo wschodnim skraju wyspy widzielismy jak jedynka jako pierwsza wita letnie slonce i jak goscinnie przyjmuje turystow na polnocy.   

Jedynke znamy najdluzej, za to szostka ma, jak to czesto drogi z cyfra 6 najwiecej charakteru. Szostka zaczyna sie w Blendheim   - tuz za miastem, gdzien na zalanych sloncem pagorkach dojrzewaja winogrona, a cieple, wilgotne powietrze owiewa stoki z krzewami. Owocom to sluzy - Sauvignon Blanc z regionu jest najlepszym w kraju i jednym z lepszych na swiecie. Moglibysmy tu dlugo posiedziec, opowiadajac Wam o delikatnych, zywych bialych, ale nie o tym historia, mialo byc o szostce. Schlodzone butelki do bagaznika i w droge.

O ile nie przewidujecie zjechac troche z trasy na polnoc, ku parkom narodowym wybrzezy poczatek drogi jest niepozorny.  Po kilkuset kilometrach droga, przecinajac w wyspe w poprzek dociera do niespokojnego zachodniego brzegu. Dalej trasa biegnie wzdloz huczacego Morza Tasmanskiego. Po lewej stronie wyrastaja coraz wyzsze gory, pelne swiezej zieleni, strumykow i dziwnych ptakow. Chwilami droga stanowi jedyna granice pomiedzy wysokimi szczytami a kamiennymi klifami o ktore rozbija ja sie fale. W innych miejscach fale z furia wdzieraja sie na szare plaze ozdobione pniami polamanych drzew naniesionymi podczas sztormow. Nieliczne miasta przezyly tu koniec goraczki zlota. Po pozostalych, tych co mialy mniej szczescia, jedynymi sladami sa czesto nazwy bocznych, szutrowych drog, ktore prowadza teraz do nikad. Roslinnosc, karmiona wilgotnym powietrzem blyskawicznie poradzila sobie z pustymi drewnianymi miasteczkami.

Na poludnie od Hokitiki (ktora dla odmiany chwali sie najlepszymi jubilerami) szostka przestaje byc droga nadmorska i w mgnieniu oka staje sie trasa wysokogorska. Silnik jeczy wspinajac sie po stromych serpentynach, rece kreca kierownica niczym na zaloczonym parkingu Tesko tuz przed swietami, a glowa nie moze upilnowac oczu zeby pilnowaly drogi zamiast podziwiac gory. Szostka prawie lizana blekitnymi jezorami schodzacych z gor lodowcow, przecinana wzburzonymi strumieniami wgryza sie coraz glebiej w Alpy Poludniowe. Wsrod gigantycznych zielonych skarp, spomiedzy smug mgly polyskuja przepelnione strumienie i wodospady. Chwilami wydaje sie ze cale gory sa napelnionym woda balonem, ktory juz przecieka i zaraz peknie. Uciekamy w kierunku prowincji Otago. 

Ale szostka znowu zaskakuje. Kolejna odslona krajobrazu i w miejscu mokrych paproci pojawiaja sie pastwiska i zagajniki drzew kapuscianych. Zbocza staja sie lagodniejsze, a pod nami zaczyna polyskiwac niebieska tafla gorskich jezior. W miare jak zapuszczamy sie na osloniete gorami rowniny widac coraz wiecej cywilizacji. Pojawiaja sie owce, winnice, zaczynaja sie miasta - najlepsze do sportow ekstemalnych, najbardziej zabytkowe itd. Dalej szostka zmierza ku poludniowym krancom wyspy, ale tam ma grozna konkurentke.


Warto zajechac, next fuel 120 km



Zyczenie szerokiej drogi jest jak najbardziej na miejscu

Poludniowa droga krajobrazowa zaczyna sie na obrzezach Fiordland National Park i lukiem podaza na wschod. Nie bede tego nowozelandczykom podpowiadal, ale jest to chyba najbardziej poludniowa trasa na swiecie. Dosc szybko po opuszczeniu Te Anau lasy i jeziora ustepuja miejsca krajobrazom bardziej stepowym. Droga przecina pofalowane pastwiska, a male i duze ptaki co rusz testuja refleks kierowcy startujac z pobocza prosto na szybe. Po kilkudziesieciu kilometrach, mijajac Tutapere, stolice kielbas, trasa dociera do poludniowego brzegu wyspy i sila rzeczy musi skrecic na wschod. O zblizaniu sie do oceanu uprzedzaja juz wczesniej fantazyjnie ' zaczesane' w strone ladu drzewa. Tu wieje czesto i mocno, od Antarktydy tylko poltora tysiaca mil, wiatry i fale maja sie gdzie rozpedzac. Z naszej polskiej perspektywy jestesmy na koncu swiata, dalej sie nie da. W przeciwienstwie do fok, pingwinow czy albatrosow nie jest to jednak nasz wymarzony klimat - wracamy na polnoc. W Dunedin zegnamy sie z Krajobrazowa Droga Poludniowa i witamy 2011. Za pieknosciami z Nowej bedziemy dlugo tesknili.

czwartek, 9 grudnia 2010

Na poczatek sporty ekstremalne

Nowa Zelandia slynie z kilku rzeczy - owiec, ruggby i sportow ekstremalnych.

Owiec jeszcze nie spotkalismy, puchar swiata ruggby zaczyna sie za 2 miesiace, ale przedsmak milosci Kiwi (nowozelandczykow) do sportow ekstremalnych mielismy jeszcze zanim dotknelismy nowozelandzkiej ziemi


Samolot za oknem nie robi wiekszego wrazenia

Lotnisko w Wellington nie jest duze za to polozone wyjatkowo malowniczo - na krotkim pasie plaskiej ziemi pomiedzy pagorkami, na ktorych wznosi sie miasteczko. Przed i za pasem ocean. Samoloty nie moga byc za duze - pas troche za krotki.
W Wellington zwykle wieje - slabo, srednio lub poteznie. Piloci wola nie ryzykowac lagodnego podejscia, warto miec troche mocy w zapasie, jakby trzeba bylo szybko odejsc.  Ale od czego jest wsteczny ciag? Z chwila dotkniecia pasa pilot 'daje po hamulcach'. Cos jak na lotniskowcu - trafic w poczatek i szybko na wsteczny.
Trwa to kilka dlugich sekund. Chwile pozniej kolujemy do rekawa, gasna silniki. Po dwoch minutach odzywa sie kapitan
"Prosze powrocic na miejsca, musimy przestawic samolot"
Nie trafilismy - w rekaw...... 

Malownicze lotnisko

 

piątek, 3 grudnia 2010

Komunikacja alternatywna

30 ton za plecami
Pierwszą podwózkę złapaliśmy w Rockhampton jeszcze przed wjazdem do miasta. Wylądowaliśmy poźno (tanie linie, opóźnienia, wiadomo), było już ciemno. Stojącą na podjeździe dla taksówek panią zapytaliśmy o autobus i tu pierwsza niespodzianka - Autobus? Nie sądże, żebyśmy mieli tu jakieś autobusy do miasta. Ale możemy się podzielić taksówką. Wielka ulga, wsiadamy. Jak się okazuje kemping jest w zupełnie inną stronę, ale no worries. Kemping jest już zamknięty, ale tez no worries - uczynny taksówkarz dzwoni do wlaściciela i juz po chwili możemy rozbijać namiot. Rachunek, oczywiście no worries - darowali nam.


Flota transportu alternatywnego - tylko czekają, żeby nas zabrać
Następnego dnia naiwnie poszliśmy szukać autobusu na północ. Cena odebrała nam oddech na kilka minut. Więcej o autobusy nie pytaliśmy. No może raz przy winnicach, ale tam powiedzieli nam tylko jaki jest limit alkoholu we krwi, żeby prowadzić. Pociągi? Niedobrze, szkoła sie właśnie skonczyła i "schoolis" jadą na wakacje". Utknęliśmy. Pozostawał tylko stop. Najpierw ten szeptany - szukanie podróżników na kempingu. I tu znowu niespodzianka. Jak się okazało may stuprocentową skuteczność. Wystarczy, że zapytamy, czy ktoś nie chciałby nas podwieźć jakieś 500-600 km - no worries - jedziemy!

Tak przejechaliśmy koło 2000 km, co w Australii nie jest takim znowu dużym dystansem. Po odwiedzeniu Wielkiej Rafy i deszczowych plaż w okolicach Airlie Beach, znów trafiamy do Rockhampton. Auotobus - nie, pociąg - nie, samochodu nie chą wynająć na tak krótko. Utknęliśmy znowu. W dodatku na kempingu nie ma akurat żadnych podróżnych. Cóż było robić? Pudełkopo pizzy, falmaster i na drogę.

Pogoda się zmienia, tabliczka spływa..
Jeżeli ktoś liczy na to, że stanie w Australii z tabliczką przy drodze i ktoś się zatrzyma, to się przeliczy. Czas mija, pogoda się zmienia a setki samochodów objeżdżają nas wielkim łukiem. Zmarznięci dajemy się nabrać na pachnące paszteciki Gardło Sobie Podrzynam Diibblera. Strzał w dziesiątkę! Gardło zatrzymuje znajomą jadącą w naszą stronę.








Bar Larriego
Teraz wreszcie mamy okazję zobaczyć jak naprawdę wygląda ten kraj. A tu co samochód to inna perspektywa, inna histora - a to prosty wiejski Van z prostymi historiami, a to pick-up postrzelonego górnika, kolekcjonera motorów i pytonów z ładnym domem, długim barem i szalonymi opowiadaniami z rajdów i polowań, a to TIR Rona co po 2-3 tygodnie w trasie spędza z 50 tonami za plecami, a kiedy wraca to z żoną idzie na tańce, a to podwózka od wagabundy co pokanał wszystkie kontynenty jeszcze zanim napisano przwodniki, a dziś jest poważnym politykiem ze słabo skrywaną słaboscią do ludzi z dużymi plecakami. Dwa dni, kilka niezłych historii. Dojechaliśmy do Brisbane.


Szalony Larry
  W Brisbane wszędzie ta sama melodia, odwiedzamy kolejne schroniska - "Nistety, nie mamy wolnych miejsc", "Niestety wszystko zajęte", "Macie rezerwację?". Następne schronisko, następna porażka.
"Co jest? tu jakiś mecz crickieta macie?" - odpalam
"Jakiś!!! jakiś??? Ausis z angolami!!"
"Długo to potrwa?"
"Wszysto zajęte na kilka dni, ale podzwonię"

To bylo tydzień temu. Dzień później przygarnęliśmy Zieloną Strzałę i zniknęły wszystkie troski.

Hostel Toyota Backpackers

PS. Mecz krykieta wciąż nierozstrzygnięty...

czwartek, 25 listopada 2010

Hotel Toyota



6 Apostols standing on the ocean, one goes down, 5 to go
Bylo już późno. Stanowczo za poźno. Pan Paweł zerwał się z materaca. Telefon z budzikiem leżał wciśnięty pod poduszką - wszystko wskazywało, że został uduszony półtorej godziny wcześniej. Pan Paweł był już po trzydziestce, przynajmniej według czasu GMT-11.

Jeść czy pić?
Kilka godzin pożniej widzimy już Pana Pawła razem ze swoją młodą żoną Małgorzatą w wielkiej białej Toyocie Camry. Samochód pachnie nowością, na liczniku ma zaledwie dwanaście kilometrów przebiegu. Pan Paweł uważa, że po trzydziestce należy dbać komfort podroży. Jest wyraźnie dumny ze swojego nowego samochodu. Z satysfakcją spogląda na innych kierowców, którzy naturalnie nie muszą wiedzieć, że przez spoźnienie w wypożyczalni zabrakło samochodów klasy mini. Biała Toyota zmierza na południowy zachód - w strone oceanu. Wycieraczki pracowicie zgraniają mżawkę z przedniej szyby, GPS podpowiada trasę. Coraz rzadziej za mokrymi oknami pojawiają się budyki, coraz więcej za to palm, akacji i różnych innych drzew których nazw autor tego tekstu nigdy nie poznał. Jest już po drugiej kiedy Państwo Steżyccy docierają do Warrambool - mekki Australijskich surferów.

Cierpienia młodego Bernarda
Serferow jakoś nie ma. Po pustych uliczkach kroczą dostojnie wielki białe kakadu. Pan Paweł z małżonką udają się do znakomitej restauracji 'Ryba i Frytki'. Zamawiają specjalnosć lokalu - SeaFood for 2, serwowany na wynos, w tradycyjnym ekologicznym opakowaniu z gazety. Jak przystało na wykształconego europejskiego mężczyznę w średnim wieku, Pan Paweł dba nie tylko to co je, ale też gdzie. Małżonkowie delektują się smakiem ryby maślanej w panierce w hotelu Toyota Camry przy samym nadbrzeżu. Wnętrze nowego samochodu wypełnia się aromatem smażonych ziemniaków, krążków z kalmara i dorodnych małży. Za przedną szybą rozpościera się malownicza panorama zatoki. Harmonijną szarość nieba i morza zaburzają jedynie dwie łodzie miejscowego klubu wioślarskiego, przedzierające się przez fale raz w jedną, raz w drugą stronę.
Fish & chips *****restaurant
W hotelu tej samej sieci Toyota, choć znajdującym się już w środku lasu gdzieś 80 kilometrów dalej na południowy-wschód krętą drogą nad oceanem pan Paweł i pani Małorzata jedzą kolację - po obiadowej uczcie ograniczają się do wina i sera. W przyhotelowym ogrodzie imprezują kangury i papugi. Pomimo siąpiącego deszczu i zimnego wiatru od morza sychać, że życie nocne w okolicy jest wyjątkowo bogate. Pan Paweł jest już jednak za stary na takie zabawy. Po kilku partyjkach w elektroniczne kości małżonkowie udają się na spoczynek 20 centymetrów poniżej restauracji, w której byli na kolacji.



Jeszcze na glodzie
Kolejny dzień na Great Ocean Road zaczyna się dla państwa Steżyckich wyjątkowo wcześnie. "Trzeba się przyzwyczajać" - myśli pan Paweł pamiętajc, w od pewnego wieku czlowiek ma tendencję do wczesnego wstawania. Małżonkowie rezygnują z kontynentalnego śniadania i jeszcze przed ósmą mijają zaspane Koale i zdezorientowne kangury w drodze do najbliższej kawiarni.
Kawiarnia Otway














W domu latarnika z Otway Pani Małgorzata wypija swoje Espresso, a pan Paweł długo celebruje swoje Cappucino. Dobrze wie, że długo nie skosztuje następnego, to nie czasy kiedy mógł wypić 2-3 dobre kawki w ciągu dnia.


Mekka serferów
 Tak jak strumienie drążą skały, tak też upływające lata potrafią zmieniać nas samych, szczególnie w kwwestiach religijnych. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej pan Paweł nie uwierzyłby, że będzie pokonywał setki kilometrow, żeby zobaczyć dwunastu apostołow. Teraz będąc już w średnim wieku, nie wahał się specjalnie. Szczególnie, kiedy dowiedział się, że apostolowie padają jeden po drugim, zdecydował, że skorzysta z oferty wycieczkowej hotelu Toyota. W pakiecie hotel oferował też spacery po lasku bulońskim, z których naturalnie też małżonowie skorzystali. Jak możecie sobie wyobraźić, na spacer Państwo Stężyccy założyli najbardziej eleganckie stroje, dzięki czemu prezentowai się wyjątkowo dostojnie i godnie.



Siedząc już wieczorem w Melburne, przy wykwntnej obiado-kolacji pan Paweł westchnął egzystencjalnie - a wiec po trzydziestce to jest jak ten makaron z serem w proszku co niby dobry, prosty i nie za drogi, a trzeba mieć kuchenkę i jeszcze dodać mleka, masła i sera żeby jakoś smakował.
Taaaa - westchęła egzystencjalnie głodna jak zwykle Małgorzata.
Taaaa - westchnął egzystencjalnie ser z promocji nad wyraz dojrzały na swoj wiek.

Latarnie Otway - zbudowana w celuu łapania zasięgu

Pan Stężycki prezentuje się wyjątkowo dostojnie

Uplywające lata potrafiązmienić nas samych...

niedziela, 7 listopada 2010

Karuzela, karuzela!




Nasz przyjaciel dość jednoznacznie domagał się relacji z Battanbang. Chłopak najwyraźniej czuje sentyment do tego miasta. Zresztą miasto też czuje sentyment do niego. Na samą wieść, że w mieście pojawił się jakiś Paweł pod nasz hotel zbiegły tłumy. Tłumy niosły w chustach niemowlaki, którymi potem wymachiwano mi przed oczami, co jak podejrzewamy jest elementem powitania ludzi z Polski. Chyba że naszego przyjaciela łączą z owymi niemowlakami jakieś więzy?



 Mniejsza o powitanie. Miało być o atrakcjach Battanbang. Samo Battanbang jest wesołym miasteczkiem Kambodży. I jak to w wesołym miasteczku - najciekawsze są środki lokomocji. Pierwszy z nich poznajemy juz po drodze. Z Siem Raep najwygodniej dostać się tu łódką. Ale już pierwsze spojrzenie na nabrzeże rozwiewa wyobrażenia o niewielkim lokalnym slowboacie z Laosu - pakują nas na wielką krypę, z głośnym silnikiem. Z powodu braku miejsc w środku lądujemy na dachu przekrzywionym lekko na lewo pod ciężarem bagaży. Następne 7 godzin spędzamy w pełnym słoncu na rozgrzanym metalu pokrywającym łódkę. Oj nie zazdrościmy pani obok - nordycka uroda, biała skóra szybko nabiera koloru prosiaczka. Będzie bolało! Mamy za to świetny punkt widokowy, wiatr rozwiewa nam włosy i tworzy z nich wspaniałe kołtuny. Jak na karuzeli, tylko lepsze widoki. Żebyśmy sie nie nudzili załoga zmusza nas do gimnastyki - łódka pruje wśród drzew wodnych, a my ćwiczymy brzuszki unikając bliskich kontaktow z gałęziami. Po jakimś czasie ludzie zdolu przychodzą na górę się ogrzać, bo na dole wieje i chlapie. Prawdziwa kolejka wodna!



Jak przystało na wesołe miasteczko Battanbang oferuje wiele rożnych zajęć. Można więc rzucać lotkami do balonów (i nie otrzymać wygranej nagrody), kręcić się na karuzeli, jeździć kolejkami. Jest tam też spora baza sportowa. Panowie biegają po parku, a panie ćwiczą aerobik. Uciechy co niemiara. Ale najpopularniejszą rozrywką ściągającą turystow do miasta jest.. Osmól, no co to jest?







Kiedyś do Battanbang z okolicznych wsi jeździła wąskotorówka. Francuz tak sobie wymyślił, że będzie to sprzyjało to rozwojowi miasta i regionu. Później przyszedł Pol Pot. On wymyślił, że nie ma powodu dla którego mieszkańcy Demokratycznej Kamboży mieliby podróżować do miast. Później znowu powiało z innej strony, znowu ludzie poczuli, że warto jechać do miasta, żeby sprzedać to, co podmiejska ziemia wydała. Wtedy okazało się, że nie ma jak dowieść ryżu i ananasów bo gdzieś zapodziały się lokomotywy. A miasto czekało. Cóż to za kuczak bez ryżu i ananasów? Zgodnie z kejnsowską teorią ekonmii (podaż, popyt, itd) trzeba było zrodzić rynek/bazar/market. No i zrodziła się kolej obywatelska, oparta na kawałku bambusa, małym silniku i sznurku od malucha. Nazywa się (jak zapewne krzyknął już Osmól) Bamboo Train.
Kawałek bambusa, mały silnik i snurek do Malucha


Przejażdżka dostarcza wrażeń. Bamboo Train nie jedzie. Bamboo Train zasuwa z wielki hukiem. Bamboo train gwałtownie buja się na boki na krzywych torach i jeszcze gwałtowniej podskakuje na przerwach między szynami. Kiedy jeden Bamboo Train spotyka drugi Bamboo Train zdejmuje się z torów ten lżejszy. Czasem trzeba silnych argumentów, żeby przekonać drugiego kierowcę, że ten lżejszy to napewno nie nasz. Żelaznym argumentem (właściwie to zbudowanym z trawy, ale też skutecznym) jest kolejnny Bamboo Train za plecami. Demontaż pociągu jest zaskakująco łatwy i szybki. Naprawdę nie wiadomo o co tyle krzyku. Chyba w imie zasad :)


He-Man